Zdjęcie leżącej Belli umieściłam w blogu w
niedzielę. Dziś kolejne. Rozpoczął się dziewiąty tydzień ciąży. Zmiany w zachowaniu i w wyglądzie Belli nie do
przeoczenia. Organizm jej nastawił się na leżenie i większą część dnia sunia przesypia. Rano zwykle witała mnie
radosnymi podskokami, a teraz widząc mnie usiłuje podskoczyć, odrywa przednie łapy na kilka centymetrów od podłogi
i zrezygnowana opada na nie znowu. Oj, ciężko jej bardzo. Po schodach Belcia schodzi pomału, pomału też porusza
się w ogrodzie (na spacery już nie chodzimy). Wychodzę z nią z domu, przemierzamy spokojnie 50 metrów dzielące nas
od bramy, wracamy, próbuję Bellę namówić na jeszcze parę kroków, ale widzę, że suczka zmęczona więc
rezygnuję. Od kilku dni wieczorem mierzę jej temperaturę. Na razie w normie: wczoraj 37,7, dzisiaj prawie tak samo bo
37,6. Apetyt psinie dopisuje, posiłek składający się z karmy dla szczeniąt ma rozłożony na 5 niewielkich porcji.
Tyle suchych relacji. A we mnie niepokój i oczekiwanie. Do tej pory nie zastanawiałam się ile dzieci Bella w sobie
nosi, teraz patrzę na nią i czuję, że sporo... Pewnie więcej niż podają statystki, które ilość szczeniąt w
miocie u shar-pei określają średnio na 4,5. Wolałabym aby Bella zmieściła się w tej średniej, niewielki miot
mniej obciąża sukę, łatwiejszy jest do odchowania. Niestety na to wpływu nie mamy. Prawdopodobnie zbliżymy się do
średniej po porodzie Tequilli, która tym razem nie zapowiada się matkę wielodzietną. Nie sądzę aby urodziła
więcej niż trójkę. Wszystko to na razie spekulacje i domysły, jeszcze tylko kilka dni. Kilka bardzo dłużących
się dni...