Dawno nie pokazywałam zdjęć dzieci Tequilli, bo
prawie tydzień. W przeciągu tych siedmiu dni malce podrosły, zaokrągliły im się brzuszki, głowy nabrały wyrazu i
co najważniejsze otworzyły już oczka. Na razie są to szparki lub oczka do połowy otwarte, ale już za dwa dni cała
piątka będzie tak samo jak dzieci Belli patrzeć na świat. Jak widać na załączonym zdjęciu miot bardzo
wyrównany, wszystkie pieseczki mają podobną wagę, wszystkie grubiutkie. Różnią się tylko mocno kolorami.
Pierwsze dwie to Lucy i Lasimonne, śliczne, intensywnie czerwone suczki. Lasimonne ma wyrazistą czarną maskę,
niestety na zdjęciu nie widać jej tak dokładnie. Piesek z czarną papką to Lionheart, na grzbiecie leży
czerwonozłoty Lovey Dovey, a całkiem z tyłu czerwony Loverboy. W skrzyni bałagan, jako że Tequilla zaprowadza
własne porządki i mości szczeniętom po swojemu troskliwie poukładane przeze mnie prześcieradełka i ręczniki.
Podobają mi się bardzo szczenięta Tequilli, są tak samo ładne jak jej poprzednie. Oj, postarał się Misiek
znowu... Obie suczki postanowiłam zatrzymać w domu. Jedna była co prawda zarezerwowana, ale osoba zamawiająca sunię
nie mogąc doczekać się na szczenię u mnie, kupiła w innej hodowli. Dla mnie to lepiej, nie stoję przed wyborem,
która suczka musi z domu odejść, a podobają mi się obie jednakowo. Lucy przypomina Xiriusa, Lasimonne wygląda jak
mały Xoll. Marzyły mi się suczki o takim wyglądzie i spełniło się. Tequilla swoimi ostatnimi szczeniętami
sprawiła mi piękny prezent. Tak, to już ostatnie dzieci Tequi, więcej już nie będzie ona rodzić. Trzy spore mioty
jak na jedną, niewielką suczkę to wystarczy.