Pełnia lata, czyli dla wielu z nas czas
urlopowania się i błogiego lenistwa. Moje plany wyjazdowe wzięły jak to się mówi w łeb, urlop odłożony na potem
lub nawet
ad acta, relaksuję się ze szczeniętami w ogrodzie i cieszę się z pięknej pogody. Chyba już
mocno zgredziałam, bo wystarcza mi patrzenie na dwa brykające szczeniaki, na zieleń, na barwnie kwitnące kwiaty... A
nastrój mam dobry, bo Naczelnemu lepiej, jego ostanie niedomaganie okazało się zwykłym przeziębieniem (ciekawe co
wyprawiał, że doprowadził się do takiego stanu?), w niedzielę jadę po niego i przywożę do domu! Koniec z moim
słomianym wdowieństwem! Cieszę się ogromnie, wreszcie będzie normalnie, bo ja bez Piotra to jak ręka pozbawiona
palców. Ci co oglądali mój
wynalazek
mogą tylko mi przytaknąć, moja inteligencja techniczna wskaźnik ma z pewnością znacznie poniżej normy, zanim coś
naprawię lub zmodernizuję to wcześniej popsuję do reszty. Pochwaliłam się przez telefon Piotrowi, że udało mi
się zabezpieczyć schody przed wypadaniem szczeniąt przez poręcz na głowy o jedno piętro w dół, na co
usłyszałam, że pewnie zawezwałam kogoś, kto te schody zdemontował. Pomyślałam, że już niedługo nie będę
robić niczego, co ON potrafi lepiej!
Dzisiaj dla odmiany, zamiast zdjęć shar-pei, parę migawek kwiatów z mojego ogrodu.