Od paru dni blog leży odłogiem, co nie wynika z mojego lenistwa czy też braku chęci na kolejny wpis, ale po prostu z
braku czasu, jako że ostatnie dni wypełnione miałam do ostatka. Najważniejszym wydarzeniem tygodnia było
zaimportowanie do domu Naczelnego, który po nastraszeniu całej rodziny swoim zawałem serca, lampartował się przez
ostatnie tygodnie w sanatorium. A więc mam swojego mężczyznę znowu w domu, całego i zdrowego, chociaż
rekonwalescenta i cieszę się z jego obecności przy mnie niewymownie. Nasze stadko shar-pei grzeczniejsze niż
zazwyczaj, bo wiadomo, że przy panu tak lekko jak przy mnie nie ma i porządek być musi. Porządki nie tylko w domu,
ale też w ogrodzie. Wspomnianą wcześniej ropuchożabę Piotr wyeksmitował gdzieś w sąsiednie pole, udało też mu
się nabić w butelkę kreta (ściślej ujmując w długą tubę z chytrym zamknięciem), który też został
wysiedlony poza nasz teren. Na razie spokój, nowych kopców nie przybywa, tuba-pułapka świetnie zdała swój egzamin.
Jakby nie patrzeć, mąż jest bardzo pożytecznym stworzeniem!
U moich shar-pei na razie nic nowego, suki doszły już do siebie po odchowaniu szczeniąt, a dwa przebywające w domu
maluchy coraz większe. W przyszłym tygodniu ostatnie szczepienie, a przy tej okazji oba potworki zostaną zważone.
Simonka pewnie już przekroczyła 10 kilogramów. Ładny klocek mi z nie wyrasta! Jej zdjęcia zamieszczę w następnym
wpisie, o ile uda mi się sfotografować wiercipiętę.
Z innych wydarzeń wartych odnotowania to nowe zdjęcia Zory od
Marty i Pawła oraz Xiriusa od Agnieszki za które bardzo dziękuję. Zaczyna mi się robić tęskno za maluchami,
które odeszły z domu, a po których ślad się urwał... Codziennie czekam na wiadomości i zdjęcia Zitelli, Zoyi i
Lionhearta, a tu ciągle nic...