Pampus poznaje świat Wto, mar 30. 2010
Dzisiejszy spacer z Pampusem miał charakter
wybitnie edukacyjny i tak był traktowany przez obie strony, czyli przez psa i przeze mnie. On zauważył już, że
świat nawet na dość zapadłej wsi może być pięknym, ja dostosowywałam tempo do jego niewielkich jeszcze
możliwości. Tym razem oboje byliśmy w pełni usatysfakcjonowani wyprawą w pola. Pampusowy strach przed nieznanym
gdzieś zniknął, a zastąpiła go ciekawość. Na pejzażach to Pampus jeszcze skoncentrować się nie potrafi, o
wiele bardziej interesujące dla niego były świeżo wschodzące uprawy i gdybym tylko pozwoliła to miałby pełną
paszczę zieleniny zmieszanej z ziemią. Spacery w polach zwykle przebiegają samotnie, nieczęsto można na nich
spotkać żywą duszę, ale dzisiaj było inaczej. Tych napotkanych dusz było dwie.. Jedna to kocur z sąsiedztwa,
patrzący dość podejrzliwie na Pampusa - pewnie pomyślał - "jeszcze jeden pies niestety", a druga to przypadkowy
spacerowicz. Kot został przez szczenię obojętnie potraktowany, człowiek natomiast wzbudził jego zainteresowanie.
Pampus przyglądał mu się uprzejmie, pozwolił nawet się pogłaskać, co chyba dobrze o nim świadczy. A na
zakończenie spaceru odpięłam malcowi smycz i pozwoliłam biegać do woli. Spodobało mu się bardzo. Ja uciekałam,
on gonił mnie i doganiał. Zabawa była przednia.
Zamieścił Marta
w Szczenięta
Brak komentarzy
Dodaj komentarz Ślady: (0)
Brak komentarzy
Dodaj komentarz Ślady: (0)
Tagi dla tego wpisu: pampus, wiosenny spacer
Plenerowo Pon, mar 29. 2010
Czytamy i oglądamy zdjęcia, jak to Mo i Pampus brykają po wiosennej trawce, więc i my pokażemy dziś jak Nelson
wypadł na pierwszym dłuższym wiosennym spacerze. Z tego względu zamieszczamy więcej fotek, mniej tekstu. Jak tylko
pierwsze wiosenne słońce przygrzało mocniej, założyliśmy Nelsonowi nowe szelki, smycz i ruszyliśmy przed siebie.
Nasz zamysł był taki, żeby dojść do parku nieopodal domu. Na początku nie było łatwo. Nelson zaciekawiony,
zainteresowany każdym szmerem, szumem co chwila zmieniał kierunek trasy. Jest bardzo przyjacielsko nastawiony do
każdej napotkanej osoby i każdego psa, choćby ten z daleka na niego groźnie poszczekiwał. Nelson kocha wszystkich i
wszystko. W końcu dotarliśmy, a tam Nelson spuszczony ze smyczy cieszył się wolnością ? biegał, brykał jak
kózka (całkiem jak Pampus), robił fikołki i wszystko co tylko mógł. Po powrocie do domu oddał się z błogością
rzeczy dla niego najprzyjemniejszej, czyli drzemce (Nelson chrapie nieprzyzwoicie głośno).
Grzeczne dzieci Nie, mar 28. 2010
Z uwagi na przyjemną pogodę, zapakowałem "grzeczne dzieci" do błękitnej strzały i pojechaliśmy na spacer.
To pierwszy taki przypadek, że Mo dzieliła tylną kanapę z nieletnim, i kimkolwiek od dłuższego już czasu. No i od samego początku poprzeczka powędrowała bardzo wysoko. Miłe, taktowne powitanie, a później każdy na swoim miejscu, w spokoju zachwycał się widokiem przez swoje okno ? ot wzorowi pasażerowie.
Na miejscu szybko okazało się, że Mo jest najszybsza i najsilniejsza. Dogonić jej nie sposób, a i ucieczka zostanie udaremniona w kilka sekund. Nic więc dziwnego, że udaliśmy się w okolice, znanej już kładki, aby tam dać upust niespożytej energii. Ochy i achy mógłbym generować bez końca. Wspomnę zatem tylko, że niespełna tydzień temu, przekomarzałem się z małżonką, czy dla Morcheeby nie jest to zbyt wysoka przeszkoda, żeby na nią wskoczyć. Aby uciąć niepotrzebną dywagacje, Mo pobiegła przodem i pozbawiła nas wszelkich złudzeń. Nie ma bowiem zbyt wysoko, może tylko jej się nie chcieć... Obecnie więc, nasza sunia więcej czasu spędza w locie z i na, niż w trakcie chodzenia po pomoście. No i najważniejsze, że robi to z własnych pobudek i jednocześnie sprawia jej to sporo radości.
Poza socjalizacją z dziećmi Mo poczyniła przy okazji milowy krok z psami. Spotkaliśmy bowiem niespełna rocznego boksera, który mocno się zdziwił, że Morcheeba za każdym razem go dogania, a on nie bardzo. Bawili się ładnie, do czasu, gdy nasza sunia stanowczo i jednoznacznie przekazała do zrozumienia, że na niektóre aspekty nie ma ochoty. Monotematyczny i nazbyt namolny w pewnym momencie psiak, z jednym w głowie, został stłamszony i oddalił się pospiesznie. To dobra wiadomość dla nas, bo temat ów mocno nas ostatnio frapował.
Zaczął się także sezon na balkon. A skoro mamy wątek od czapy, to jest jeszcze jedna ciekawostka. Radzimy się nacieszyć na zapas, bo widok Mo w obroży to niezwykle rzadki widok.
I tak na koniec. To, że wiosna wokół, to wszyscy wiedzą. Za to pierwsza nasza, w trakcie której tak mocno zżyliśmy się z odkurzaczem. Mo wymienia sierść, a biorąc pod uwagę, że nie ma dla niej miejsc tabu, to i w/w jest wszędzie. Front walk w niezmienionej formie, trwa już od dwóch tygodni. Na razie trzymamy się dzielnie.
To pierwszy taki przypadek, że Mo dzieliła tylną kanapę z nieletnim, i kimkolwiek od dłuższego już czasu. No i od samego początku poprzeczka powędrowała bardzo wysoko. Miłe, taktowne powitanie, a później każdy na swoim miejscu, w spokoju zachwycał się widokiem przez swoje okno ? ot wzorowi pasażerowie.
Na miejscu szybko okazało się, że Mo jest najszybsza i najsilniejsza. Dogonić jej nie sposób, a i ucieczka zostanie udaremniona w kilka sekund. Nic więc dziwnego, że udaliśmy się w okolice, znanej już kładki, aby tam dać upust niespożytej energii. Ochy i achy mógłbym generować bez końca. Wspomnę zatem tylko, że niespełna tydzień temu, przekomarzałem się z małżonką, czy dla Morcheeby nie jest to zbyt wysoka przeszkoda, żeby na nią wskoczyć. Aby uciąć niepotrzebną dywagacje, Mo pobiegła przodem i pozbawiła nas wszelkich złudzeń. Nie ma bowiem zbyt wysoko, może tylko jej się nie chcieć... Obecnie więc, nasza sunia więcej czasu spędza w locie z i na, niż w trakcie chodzenia po pomoście. No i najważniejsze, że robi to z własnych pobudek i jednocześnie sprawia jej to sporo radości.
Poza socjalizacją z dziećmi Mo poczyniła przy okazji milowy krok z psami. Spotkaliśmy bowiem niespełna rocznego boksera, który mocno się zdziwił, że Morcheeba za każdym razem go dogania, a on nie bardzo. Bawili się ładnie, do czasu, gdy nasza sunia stanowczo i jednoznacznie przekazała do zrozumienia, że na niektóre aspekty nie ma ochoty. Monotematyczny i nazbyt namolny w pewnym momencie psiak, z jednym w głowie, został stłamszony i oddalił się pospiesznie. To dobra wiadomość dla nas, bo temat ów mocno nas ostatnio frapował.
Zaczął się także sezon na balkon. A skoro mamy wątek od czapy, to jest jeszcze jedna ciekawostka. Radzimy się nacieszyć na zapas, bo widok Mo w obroży to niezwykle rzadki widok.
I tak na koniec. To, że wiosna wokół, to wszyscy wiedzą. Za to pierwsza nasza, w trakcie której tak mocno zżyliśmy się z odkurzaczem. Mo wymienia sierść, a biorąc pod uwagę, że nie ma dla niej miejsc tabu, to i w/w jest wszędzie. Front walk w niezmienionej formie, trwa już od dwóch tygodni. Na razie trzymamy się dzielnie.
Terapia jodem Sob, mar 27. 2010
Jeśteśmy razem już od jakiegoś czasu, stąd możemy stwierdzić, że Mo z dużą radością korzysta z otaczającej
jej przestrzeni. Faktem za to pozostaje, że gdy wychodzimy z sunią w pojedynkę o zbytnim oddalaniu się do mieszkania
nie ma mowy. Pół kilometra to ostateczna granica. Fortelem którym zwykle się posługuję, to niebieska strzała,
dzięki której spacer staje się spacerem/ przebieżką, a nie kontrolą najbliższej okolicy.
W lesie mamy jeszcze sporo śniegu i dużo nowych strumyków/ jeziorek, dlatego zwykle zmierzamy na pas nadmorski. Tam zaś sucho i mała architektura, którą używamy jak tylko się da.
Bezwględnie jednak, Mo musi to wpierw pozytywnie zaopiniować, w przeciwnym razie, nie ma co liczyć na taryfę ulgową. Nie dziwi zatem, że po tak intensywnej terapii jodem, Mo śpi mocno i spokojnie.
W lesie mamy jeszcze sporo śniegu i dużo nowych strumyków/ jeziorek, dlatego zwykle zmierzamy na pas nadmorski. Tam zaś sucho i mała architektura, którą używamy jak tylko się da.
Bezwględnie jednak, Mo musi to wpierw pozytywnie zaopiniować, w przeciwnym razie, nie ma co liczyć na taryfę ulgową. Nie dziwi zatem, że po tak intensywnej terapii jodem, Mo śpi mocno i spokojnie.
Uporów i sprzeciwów ciąg dalszy Pią, mar 26. 2010
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Zapięłam w jedne szelki Miśka, w drugie Pampusa i poszliśmy w
pola. Trudno to nasze wyjście nazwać spacerem, bo Misiek niecierpliwił się i rwał do przodu, Pampus natomiast
marudził, ociągał się i pozostawał w tyle. Mimo wszystko udało nam się pokonać dobrych 500 metrów, co w
porównaniu z poprzednim wyjściem śmiało mogę nazwać sukcesem. Jak widać ze zdjęcia mniejszy psiur nie jest
zachwycony ani okolicą, ani spacerem, duża i otwarta przestrzeń onieśmiela go, najchętniej wtuliłby się w Miśka.
A jak to było gdy Misiek był szczenięciem? Ano podobnie, jeśli nawet nie tak samo. Pierwsze wyjścia poza nasz teren
wcale, a wcale mu się nie podobały, stawał w miejscu, oderwać łap od ziemi nie chciał, musiałam go nosić. Tak
było przez pierwszy tydzień naszych wspólnych spacerów, a teraz to już historia prawie zapomniana. Wystarczy, że
biorę smycz do ręki, a Misiek już wie, że spacer i cieszy się po psiemu. Za tydzień i Pampus będzie na tym
etapie.



Ostatnie komentarze