Dzień zaczął się ohydnie, śnieg przechodzący w deszcz, do tego wiatr. Nikt nie chciał wyjść z domu, jedynie
Cheri z zaciekawieniem wypełzła na nieznane jej białe coś, ale tak jak szybko wyszła, tak szybko wróciła.
Siedzimy więc smętni w domu i czekamy na poprawę aury. Moje shar peie gdy nie mają spaceru to i tak się wybiegają
po ogrodzie, wyszaleją okrążając galopem wielokrotnie dom, gorzej z bullmastiffką. Ona nie daje się się porwać
do biegu pozostałym psom i dzień bez spaceru to dla niej dzień bez ruchu. Na spacer nie dała się wyciągnąć. W
sensie dosłownym. Wierzcie mi, jeśli bullmastiff iść nie chce, to zaprze się, nie pójdzie, i nie ma zmiłuj się.
Cała nadzieja w zapowiadanej poprawie pogody, do końca tygodnia ma być znośniej. A właśnie, na koniec tygodnia, a
dokładnie na sobotę zaplanowane jest Maxine zamążpójście. I znowu mnie coś interesującego ominie, bo Naczelny
jedzie z psicą na amory beze mnie. Znowu, bo Bella też bez mojego towarzyszenia właśnie wyszła za mąż. Odliczamy
więc czas i czekamy na szczenięta.
A tymczasem Natalia podesłała mi zdjęcie 5 miesięcznego
Messiego. Ładny, ładniutki, ładniuchny, bardzo mi się on podoba! Dzięki za fotkę! Jutro pewnie zobaczymy jak
urosła Morcheeba, Artur obiecał nowy wpis, a skoro obiecał, to pewnie będzie co poczytać i pooglądać.... No i
może ja się zmobilizuję i sfotografuję Cheri... Niech tylko przestanie padać i wiać!