Zaczyna się.. Bella ogranicza karmienie szczeniąt, one
zaś żądają mleka i to kategorycznie. Ona zmęczona i już nie bardzo ma chęć karmić, one złe na cztery
wściekłe głosy wołają: MLEKA! Wpycham więc prawie na siłę moje biedne suczydło między jej dzieci i pilnuję
aby odessały zalegający w jej sutkach pokarm. I tak trzy razy dziennie. Głodomorki ładnie przybrały na wadzę, no
bo też mleko od mamy to nie jakieś tam UHT z kartonu, do tego pięć razy dziennie półmisek pełen szczenięcej
papki, a i ciepło, którego szczenięta tak bardzo potrzebują, a przy którym ja czuję się tak, jakbym była
zamknięta w piekarniku. Centralne ogrzewanie i piecyk olejowy hulają na okrągło. Aż tu nagle wczoraj awaria gdzieś
w świecie, a skutkiem jej brak prądu w naszym domu. Około godziny 22 zgasło światło, przestała pracować pompa
CO, wyłączył się olejak... Zrobiło się ciemno i strasznie. Nocą przy świecach grzałam na kuchence gazowej wodę
i napełniałam nią największe garnki, aby zrobić z nich prowizoryczne ogrzewanie, gorącą wodą napełniłam
termosy i butelki szykując się na zimną noc. Z elektrowni otrzymałam jedynie lakoniczną wiadomość, że prąd
będzie jak będzie.. Oczami wyobraźni już widziałam jak po kolei zamarzamy: szczenięta, psy i my... O 5 nad ranem
prąd powrócił, pompa CO zaczęła znowu pracować, włączył się olejak. Z ulgą wylałam z garnków letnią już
wodę i w końcu położyłam się spać. Obudziliśmy się wszyscy w ciepłym, zasilanym prądem domu. Happy End!