Naczelny twierdzi, że gdybym nie miała zmartwień, to martwiłabym się ich brakiem. Ale jak tu nie martwić się gdy
znowu opady śniegu, akcja z odśnieżaniem i widmo braku prądu. Zaopatrzyłam dzisiaj dom w gazowy grzejnik z
pochłaniaczem własnych spalin, pracujący niezależnie od jaśnie wielmożnej elektrowni i od razu mi raźniej,
chociaż Piotr zdania, że zatrucie się gazem wcale nie jest milsze od zamarznięcia.
A szczenięta rosną i duże jak na swój wiek bardzo.
Jedna z naszych dwóch kuchni została oddana im we władanie. Podoba im się, że mogą pobiegać i tych kilka metrów
kwadratowych satysfakcjonuje je w zupełności. Ach, latem wyniosłabym pieski już na krótko na dwór... Przy obecnej
aurze mowy nie ma, siedzenie w domu jest dla malców koniecznością.
Moje dorosłe psy też siedzą w domu, ale z własnego wyboru. Żadne z nich nie ma takiego zacięcia do biegania w
zaspach śnieżnych jak Morcheeba (w kogo ona się wrodziła?), a i ja nie skłaniam się do przedzierania przez śnieg
sięgający powyżej kolan. Poza domem, jak istota beznoga, poruszam się tylko w pojeździe, psy natomiast trochę i
niechętnie w ogrodzie. Siedzą w cieple, nudzą się, tyją, a nieścierane pazury im rosną. Dzisiaj skracałam je u
Belli, jutro kolej na następnego chętnego. O ile taki się znajdzie... Niech już ta zima wreszcie się skończy!