W trakcie
późnowieczornego spaceru w czwartek, Mo wyczuła świeży trop szaraka i zaciągnęła mnie do tajemniczo
wyglądającego tunelu. Z braku światła kategorycznie odmówiłem wejścia. Następnego dnia wróciliśmy niczym
bumerang, przygotowani należycie do eksploracji i czmychnęliśmy w zagadkową czeluść. Mo bez zastanowienia i z
pełną beztroską, pokonała przeszło 30 metrowy tunel pod drogą, skonstruowany specjalnie dla małych dzikich
zwierząt, ciągnąc mnie zgiętego w pół, drepczącego pospiesznie w kucki aby nadążyć. A to dlatego, że betonowa
rura ma tylko metr średnicy. Od tego czasu to stały program spacerów, dla urozmaicenia wrażeń.
Plaża zaś
to weekendowa odskocznia, by swobodnie wybiegać się z innymi czworonogami. Cała pokryta śniegiem, z brzegiem
pokrytym lodową bandą. No i zawsze znajdzie się chwila na delektowanie się spokojnie falującym morzem. Myliłby
się bardzo ten, co sądzi że siedzimy w miejscu i kontemplujemy pejzaże. Raczej pospiesznie przez nie przebiegamy,
ślizgając się na lodzie z większą lub mniejszą finezją i wytyczamy nowe ślady na wielkich połaciach zawianego
śniegu.
A na koniec dnia,
gdy brzuszek najedzony tulimy się słodko do siebie na sofie i nabieramy sił na kolejne wycieczki. Tymniemniej dziś
jest taki dzień, że każdy leży w swoim rogu i
boczymy się na siebie nawzajem. Ja, bo Mo nie chce zjeść tabletki na robaki, a Mo za to, że
próbuję wcisnąć jej takie paskudztwo. A najgorsze, że czeka nas jeszcze obcinanie paznokci...