Zamysł był taki: ubiorę Pampusowi szelki, dopnę do nich smycz i pójdziemy na spacer. Szelki
wraz ze smyczą, owszem pozwolił sobie założyć, pomaszerował tak ubrany przez ogród, wyszedł poza nasz teren i
stanowczo sprzeciwił się dalszej ekskursji. Położył się w zeszłorocznej trawie z miną: albo wracamy do domu,
albo ja tu zostaję. No i postawił na swoim. Wróciliśmy. Ja wzięłam się za kolejny wpis, on szczęśliwy usadowił
się pod moim krzesłem celem odpiłowania mu nogi. Chrum, chrum... Po południu ponowimy próbę ze spacerkiem, ale
już nie samotnie. Do towarzystwa weźmiemy Miśka, myślę, że przy dużym psie temu znacznie mniejszemu będzie
raźniej i pewnie odważy się podreptać z nami. Zobaczymy. Napiszę. O ile jeszcze będę miała krzesło, bo na
stojąco pisać nie potrafię.