Wczorajszy wyjazd z Bellą do psa okazał się przedwczesny. Powinnam była zawierzyć nosowi Miśka, który do tej pory
świetnie sprawdzał się jako najlepszy indykator płodnych dni u suk. Całkiem na darmo ten wyjazd jednak nie był.
Patrząc na bawiące się psy posiedziałam długo na powietrzu, a koloryt mojej twarzy zarumienionej słońcem
przestał przypominać barwę krowiego sera.
Dzisiaj Misiek wykazuje większe zainteresowanie Belcią, a i ona jemu przychylna. Psy więc rozdzielone i trochę z
tego powodu marudne. Trochę popiskują, trochę skomlą do siebie.
Jutro znowu jedziemy do PSA. Wyjazdom na krycie zawsze towarzyszy lekki dreszczyk emocji: uda się czy nie uda? A potem
oczekiwanie na efekt, podpatrywanie zachowania suki, oglądanie jej brzucha i napięcie w oczekiwaniu na szczenięta. Na
razie dzień prozaicznie zwyczajny, wypełniony normalnymi, domowymi czynnościami. Naczelny od tygodnia parafrazuje
moje różne powiedzonka, niektóre nawet z dobrym skutkiem. Ostatnio do znudzenia powtarzał:
- Tylko mięso jest prawdziwym pokarmem, każdy inny pokarm to nędzna imitacja mięsa.
Było więc w końcu
mięso na obiad. Psy zadowoliły się swoim
granulami. I znowu egoistycznie ucieszyłam się, że zwierzęta nie potrafią mówić.