
W nocy obudził mne huk
i szczekanie psów... Pierwsza myśl: TIR wjechał do ogrodu i zdemolował ogrodzenie oraz teren. Raz już tak było...
Popatrzyłam sennie przez okno: brama i parkan widoczne w świetle latarni w stanie nienaruszonym.
Piotr przykrył głowę poduszką i zamruczał nieprzyjaźnie:
- uspokój psy..yyyy...psy....
Łatwo powiedzieć, trudniej uczynić. Psy szalały, za oknem co raz to migało coś na niebiesko, pędziły samochody a
ja myślałam tylko o tym aby też móc zasnąć.
- Co z tymi psami... yyyyy... dlaczego robicie taki hałas? - usłyszałam z pod poduszki.
Nie byłam w stanie uspokoić psów, nie miałam siły na dyskusję z Piotrem, nie chciało mi się wychodzić na
zewnątrz aby sprawdzać co się gdzieś tam dzieje, wzięłam więc pod pachę swoje bety i pomaszerowałam na
poddasze, gdzie też od biedy można się przespać....

Rano
ucieszyłam się, że ogrodzenie stoi jak stało, że śnieg stopniał, że trawa mimo grudnia ciągle zielona a psy
beztroskie.
Przerażający widok ukazał mi się dopiero po południu w trakcie spaceru: całe ogrodzenie domu moich sąsiadów
leżało w gruzach, zniszczony teren i krzewy ozdobne. To jednak był
TIR.
Życie przy międzynarodowej trasie ma znacznie więcej minusów niż plusów... Znowu myślę o zmianie domu..