Alma i Czarli. Wspomnienie o mopsach. Śro, kwi 2. 2008
Mopsiczka Paloma została została zakupiona w Warszawie w renomowanej, dużej hodowli. Miała wówczas niespełna osiem
tygodni. W samochodzie, podczas jazdy do Wrocławia siedziała przez calą drogę jak trusia na kolanach mojej matki.
Wydawać by się mogło, że szczenię dobrze znosi podróż. Ale to nie było tak: ona po prostu się bała. W domu
chowała się w najciemniejszy kącik. Na pewno jej kontakty z ludźmi u hodowcy były znikome. Szczenię kenelowe. Po
paru dniach zwierzątko przyszło do siebie i stało się nawet rozrabiaką. Zamiast siusiać na przygotowane gazety,
roztrącało je po całym domu. Nauka porządku szła opornie i bardzo długo nie można bylo przekonać Almy, że
chodnik w przedpokoju to nie trawka. Głupio było wołać, Palomo na takie maleństwo. Została więc nazwana Almą,
choć ci, co znali jej żywe, powiedziałabym zwariowane usposobienie, mówili, że to Palma. Mój syn, Tomek podsunął
kiedyś myśl wołania jej Paula, ale za późno; już wszycy byliśmy dobrze przyzwyczajeni do Almy. Może to imię
jest zbyt pospolite w pieskim świecie, ale dostojne. Alma, przyszła matka rodu! Opanowaną suczką Alma nigdy nie
była. Żaden z psów nie zrywa się przy byle hałasie z takim jazgotem jak Alma. I jak tu wierzyć słowu pisanemu,
że mopsy są wyjątkowo opanowane! Piszą eksperci tej rasy, że mopsy nawzajem bardzo się lubią i tak garną jeden
do drugiego, że nawet kiedy śpią, to razem ze sobą, ciasno przytulone.
Mopsy. Opowiadanie o Czarlim. Wto, mar 4. 2008
Wraz z Czarlim została zakupiona piękna wiklinowa buda w nadziei, że odbdzie w niej swoją pierwszą podróż. Ale
gdzie tam. W ogóle nie dał się do niej włożyć. Siedział mojej matce na kolanach, nieustannie wyrywając się z
rąk ku oknu. Po dwóch godzinach był już w domu. Czarli przyszedł do towarzystwa dobermance Lilce. Lilka od razu
zapragnęła się z nim pobawić, ale powstrzymywaliśmy ją od tej obopólnej, bo też i dla Czarliego uciechy. On był
taki mały. Właściwie mieścił się w przepastnej paszczy dobermanki. Nie bał się, za to mama umierała ze strachu,
że Lilka zrobi szczenięciu krzywdę. Nie mogąc się swobodnie bawić z Lilką, Czarli chodził za domownikami, czyli
pętał się pod nogami. Było to miłe, trzeba było jednak ciągle uważać, żeby go nie nadepnąć. Nie zawsze się
to udawało. Czasami ktoś zachował się jak słoń w składzie porcelany i do porządku przywoływał go tak ostry
wrzask Czarliego, iż można było z wrażenia siąść na ziemi. Potem przekonaliśmy się, że wszystkie mopsy,
reagowały nawet na lekkie przydepnięcie miękkim kapciem, jakby się nie wiadomo co stało. Ten ich krótki okrzyk
ostrzegał po chińsku:
- Uważaj ślepoto, przecież jestem malutki!
Tak więc mama musiała się przyzwyczaić do życia z małym pieskiem, który chodząc za nią, dawał się przez pomyłkę zamknąć w łazience, a nawet między podwójnymi drzwiami wyjściowymi do przedpokoju. Czekał wtedy cierpliwie, aż ktoś się zorientuje i go wpuści.
- Uważaj ślepoto, przecież jestem malutki!
Tak więc mama musiała się przyzwyczaić do życia z małym pieskiem, który chodząc za nią, dawał się przez pomyłkę zamknąć w łazience, a nawet między podwójnymi drzwiami wyjściowymi do przedpokoju. Czekał wtedy cierpliwie, aż ktoś się zorientuje i go wpuści.
Mopsy - jak to się zaczęło. Pią, lut 29. 2008
Kiedyś przed laty zasugerowałam mojej matce mopsa. Akurat taki damski kanapowiec.
- Coś ty - oburzyła się tak szczerze, że już więcej nie poruszałam tego tematu. A jednak, a jednak. Ziarno zostało rzucone i wkrótce zaczęło kiełkować. W domu z psów była tylko dobermanka Lilka, a mamie marzył się idealny piesek. Chciała, żeby był mały, bo według niej nie uchodziło starszej pani z różnym skutkiem szarpać się z dużymi brytanami. Zdarzylo się nawet, że na oczach sąsiadów przyszedł jej w sukurs dozorca. Rzucił miotłę i przybiegł jej pomóc przy wyrywającej się za kotami Lilce.
Mama pragnęła mieć parę hodowlaną, ale trzymanie dwóch sznaucerów czy dobermanów znacznie przerastało jej siły. Zresztą nie mogła dobrać reproduktora dla Lilki, która jakoś nie mogła mieć dzieci. A gdyby nawet, to skoro taka Lilka stała się dla niej za silna, to co byłoby gdyby miała samca znacznie potężniejszego od suki. Ten wymarzony, zaplanowany piesek miał być miły, opanowany i mądruchna: żeby nie trzeba było mu niczego ucinać, ani ogonka ani uszu (w tamtych latach kopiowano niestety uszy i ogony), żeby miał krótką sierść, nie wymagającą ani uciążliwego strzyżenia czy trymowania, ani wiecznego rozczesywania i szczotkowania, a przy tym aby piesek nie marzł w zimie i w ogóle aby był super z wyglądu i z charakteru. A więc: aby nie gonił za kotami i innymi zwierzętami (psy myśliwskie wykluczone), żeby nie był latawcem (żadnych charcików i w ogóle psów gończych), aby nie szczekał zbyt wiele (pinczerki, foksterierki i jamniki nie wchodziły w rachubę) no i żeby nie był słabeuszem czy niejadkiem. Nie za dużo tych życzeń?
- Coś ty - oburzyła się tak szczerze, że już więcej nie poruszałam tego tematu. A jednak, a jednak. Ziarno zostało rzucone i wkrótce zaczęło kiełkować. W domu z psów była tylko dobermanka Lilka, a mamie marzył się idealny piesek. Chciała, żeby był mały, bo według niej nie uchodziło starszej pani z różnym skutkiem szarpać się z dużymi brytanami. Zdarzylo się nawet, że na oczach sąsiadów przyszedł jej w sukurs dozorca. Rzucił miotłę i przybiegł jej pomóc przy wyrywającej się za kotami Lilce.
Mama pragnęła mieć parę hodowlaną, ale trzymanie dwóch sznaucerów czy dobermanów znacznie przerastało jej siły. Zresztą nie mogła dobrać reproduktora dla Lilki, która jakoś nie mogła mieć dzieci. A gdyby nawet, to skoro taka Lilka stała się dla niej za silna, to co byłoby gdyby miała samca znacznie potężniejszego od suki. Ten wymarzony, zaplanowany piesek miał być miły, opanowany i mądruchna: żeby nie trzeba było mu niczego ucinać, ani ogonka ani uszu (w tamtych latach kopiowano niestety uszy i ogony), żeby miał krótką sierść, nie wymagającą ani uciążliwego strzyżenia czy trymowania, ani wiecznego rozczesywania i szczotkowania, a przy tym aby piesek nie marzł w zimie i w ogóle aby był super z wyglądu i z charakteru. A więc: aby nie gonił za kotami i innymi zwierzętami (psy myśliwskie wykluczone), żeby nie był latawcem (żadnych charcików i w ogóle psów gończych), aby nie szczekał zbyt wiele (pinczerki, foksterierki i jamniki nie wchodziły w rachubę) no i żeby nie był słabeuszem czy niejadkiem. Nie za dużo tych życzeń?
Historia Lilki Pią, lut 1. 2008
Błękitna dobermanka Lilka została oficjalnie nazwana Lili. Lilka podpisywała się LILI Bonomiella (panuje zwyczaj, że imię psa, w odróżnieniu od przydomka pisze się dużymi literami), czyli imieniem i swoim rodowym nazwiskiem. Mona i Centa musiały się zadowolić przydomkami hodowli, w których się urodziły.
Najpierw trzeba było Lilkę wychować. Było to bardzo żywe szczenię, powiedziałabym, że chwilami uciążliwe. Zwłaszcza buty trzeba byo starannie przed nią chować. Poza tym rewidowała gościom torby, a jak sobie umyśliła, że jej miejsce jest na najlepszym krześle, to do upadłego broniła swojego terytorium. Nawet kiedy była już duża i nie bardzo mieściła się na krzesełku, to potrafiła tak się zwinąć, tak się oprzeć i zaprzeć nogami, że nie spadała na ziemię. Było jej wtedy niewygodnie, ale swoją wolę musiała zademonstrować.
Lilka jako pierwsza uzyskała zgodę na spanie w łóżku ze swoją pańcią, czyli znikły przesądy wpojone mojej Matce przez jej matkę, czyli moją Babcię, o higienie. Wiecie, jedni śpią ze swymi psami, drudzy mówią, że nie śpią. Żarty, żartami ale był powód do przygarnięcia w nocy małej Lilki. Po operacji przycięcia uszu, choć wtedy nie zabandażowano główki po zabiegu, tak cierpiała, tak biadoliła, że trzeba było ją utulić. Oczywiście pozostał jej zwyczaj sypiania na maminej pierzynie. Później inne psy też miały na to zezwolenie. Spacery z dwoma psami były znacznie trudniejsze niż z jednym. Lilka nie grzeszyła zbytnim opanowaniem. Jej wrogość do kotów stała się przysłowiowa. A i Centa pod wpływem Lilki też się zapominała i dużo traciła na posłuszeństwie. Lilka miała ponadto paskusny zwyczaj tarzania się w krowim łajnie, i to od stóp do głów. Na dalekich spacerach trzeba było wystrzegać się tych łąk nad Odrą, gdzie wypasano krowy. Leniwe krowy nie robiły na Lilce specjalnego wrażenia, ale coś biegnącego pobudzało ją do gonienia. Kiedyś szparko kłusował po polnej drodze jeżdziec na rumaku. Lilka rzuciła się w pogoń. Koń poniósł jeźdźca w siną dal, a Lilka jak strzała za nimi. Sporo czasu minęło zanim wróciła zziajana z wywieszonym jęzorem.
Najpierw trzeba było Lilkę wychować. Było to bardzo żywe szczenię, powiedziałabym, że chwilami uciążliwe. Zwłaszcza buty trzeba byo starannie przed nią chować. Poza tym rewidowała gościom torby, a jak sobie umyśliła, że jej miejsce jest na najlepszym krześle, to do upadłego broniła swojego terytorium. Nawet kiedy była już duża i nie bardzo mieściła się na krzesełku, to potrafiła tak się zwinąć, tak się oprzeć i zaprzeć nogami, że nie spadała na ziemię. Było jej wtedy niewygodnie, ale swoją wolę musiała zademonstrować.
Lilka jako pierwsza uzyskała zgodę na spanie w łóżku ze swoją pańcią, czyli znikły przesądy wpojone mojej Matce przez jej matkę, czyli moją Babcię, o higienie. Wiecie, jedni śpią ze swymi psami, drudzy mówią, że nie śpią. Żarty, żartami ale był powód do przygarnięcia w nocy małej Lilki. Po operacji przycięcia uszu, choć wtedy nie zabandażowano główki po zabiegu, tak cierpiała, tak biadoliła, że trzeba było ją utulić. Oczywiście pozostał jej zwyczaj sypiania na maminej pierzynie. Później inne psy też miały na to zezwolenie. Spacery z dwoma psami były znacznie trudniejsze niż z jednym. Lilka nie grzeszyła zbytnim opanowaniem. Jej wrogość do kotów stała się przysłowiowa. A i Centa pod wpływem Lilki też się zapominała i dużo traciła na posłuszeństwie. Lilka miała ponadto paskusny zwyczaj tarzania się w krowim łajnie, i to od stóp do głów. Na dalekich spacerach trzeba było wystrzegać się tych łąk nad Odrą, gdzie wypasano krowy. Leniwe krowy nie robiły na Lilce specjalnego wrażenia, ale coś biegnącego pobudzało ją do gonienia. Kiedyś szparko kłusował po polnej drodze jeżdziec na rumaku. Lilka rzuciła się w pogoń. Koń poniósł jeźdźca w siną dal, a Lilka jak strzała za nimi. Sporo czasu minęło zanim wróciła zziajana z wywieszonym jęzorem.
Centa Sob, sty 26. 2008
Centa była czarną dobermanką. Jej historia jest warta uwiecznienia. Po utracie Mony dom stał się pusty i smutny,
trudno było też zdecydować się na innego psa. Wtedy to znajoma , wielka miłośniczka i hodowczyni dobermanów
namówiła moją Matkę na Centę. Któregoś dnia przybiega wzburzona, że w pewnej hodowli jest młoda dobermanka
przeznaczona do uśpienia. Nie była chora, ani stara i właśnie podchowała piękne szczenięta, ale jej pan
sprowadził sobie z zagranicy następną sukę do hodowli i więcej Centy nie potrzebował. Znajoma miała trzy
dobermany, nie mogła pozwolić sobie na czwartego. Usilnie prosiła moją Matkę, aby uratowała Centę poprzez szybkie
jej kupno. Odradzałam jej ten krok:
- Nie kupuj psa dorosłego, możesz mieć z nim wiele kłopotów.
Nie posłuchała tych rad, zresztą dobermany zawsze się Jej podobały. Smukła sylwetka, wydłużony pyszczek stanowią o ich elegancji. Szatę mają też piękną, w dodatku krótką, nie wymagającą trymowania, jak u sznaucerów. Ponadto są to psy inteligentne, choć ich usposobienie bywa trudne. Mama nigdy nie brała pod uwagę kupna dobermana właśnie ze względu na złą opinię o ich nierównym, czasem histerycznym usposobieniu. Ale tu trzeba było nie dopuścić do uśmiercenia zwierzęcia. Trzeba więc było jechać po Centę. Brzydko krytykować czyjeś hodowle, ale to co tam się działo, było oburzające i gorszące.
- Nie kupuj psa dorosłego, możesz mieć z nim wiele kłopotów.
Nie posłuchała tych rad, zresztą dobermany zawsze się Jej podobały. Smukła sylwetka, wydłużony pyszczek stanowią o ich elegancji. Szatę mają też piękną, w dodatku krótką, nie wymagającą trymowania, jak u sznaucerów. Ponadto są to psy inteligentne, choć ich usposobienie bywa trudne. Mama nigdy nie brała pod uwagę kupna dobermana właśnie ze względu na złą opinię o ich nierównym, czasem histerycznym usposobieniu. Ale tu trzeba było nie dopuścić do uśmiercenia zwierzęcia. Trzeba więc było jechać po Centę. Brzydko krytykować czyjeś hodowle, ale to co tam się działo, było oburzające i gorszące.
Mona. Część II. Wto, sty 22. 2008
Część druga historii Mony...
Pierwsze Mony szczenięta. Siedziałyśmy przy niej i czekały na to wydarzenie. Poród przebiegał bez komplikacji, byłyśmy szczęśliwe gdy urodzio się szóste szczenię, ale miny nam rzedły, kiedy na świat przychodziło ich więcej i więcej, aż do dziesięciu. Mona nie była rekordzistką, inna suczka, którą pokrył też Ront, wydała na świat po jednorazowym kryciu aż 16 maluszków! W tamtych czasach kwalifikowano do metryczek miot nie przewyższający 6 szczeniąt. Nadwyżka miała zostać obowiążkowo uśpiona. Rozporządzenie to było nieludzkie i często przez hodowców nie respektowane. Mona ofiarnie karmiła całą swą gromadkę. Na początku Mama bała się, że może któreś przydusić, więc je liczyła.Gdy tak szeptała, jeden, dwa, trzy... pomagając sobie palcem, suka się jeżyła i wyszczerzała zęby. Chyba, myślała, że tym palcem zostaną pokłute jej dzieci.
W pierwszych dniach nie chciała po dobremu wychodzić na dwór. Właściwie to byla wywlekana od szczeniąt. Na dworze migiem załatwiała swoje potrzeby i pędem do domu.Leciała z powrotem z takim krzykiem jakby nie wiadomo co działo się z jej przychówkiem. Przy następnych szczeniętach mniej się przejmowała maluchami, choć zawsze była dobrą matką. Jednak, kiedy ostatni raz się szczeniła, to w nocy po porodzie nie pozwoliła nikomu zbliżyć się do swych jedynych dwojga dzieci. Warczała wtedy zupełnie na serio. Jeszcze dodam, że Mona z parotygodniowymi szczeniętami z drugiego i z następnych miotów tak się już nie cackała. Dokuczliwość młodzieży znosiła do pewnych granic, ale gdy się zgniewała to maluch jak z procy odskakiwał w drugi kąt pokoju.
Pierwsze Mony szczenięta. Siedziałyśmy przy niej i czekały na to wydarzenie. Poród przebiegał bez komplikacji, byłyśmy szczęśliwe gdy urodzio się szóste szczenię, ale miny nam rzedły, kiedy na świat przychodziło ich więcej i więcej, aż do dziesięciu. Mona nie była rekordzistką, inna suczka, którą pokrył też Ront, wydała na świat po jednorazowym kryciu aż 16 maluszków! W tamtych czasach kwalifikowano do metryczek miot nie przewyższający 6 szczeniąt. Nadwyżka miała zostać obowiążkowo uśpiona. Rozporządzenie to było nieludzkie i często przez hodowców nie respektowane. Mona ofiarnie karmiła całą swą gromadkę. Na początku Mama bała się, że może któreś przydusić, więc je liczyła.Gdy tak szeptała, jeden, dwa, trzy... pomagając sobie palcem, suka się jeżyła i wyszczerzała zęby. Chyba, myślała, że tym palcem zostaną pokłute jej dzieci.
W pierwszych dniach nie chciała po dobremu wychodzić na dwór. Właściwie to byla wywlekana od szczeniąt. Na dworze migiem załatwiała swoje potrzeby i pędem do domu.Leciała z powrotem z takim krzykiem jakby nie wiadomo co działo się z jej przychówkiem. Przy następnych szczeniętach mniej się przejmowała maluchami, choć zawsze była dobrą matką. Jednak, kiedy ostatni raz się szczeniła, to w nocy po porodzie nie pozwoliła nikomu zbliżyć się do swych jedynych dwojga dzieci. Warczała wtedy zupełnie na serio. Jeszcze dodam, że Mona z parotygodniowymi szczeniętami z drugiego i z następnych miotów tak się już nie cackała. Dokuczliwość młodzieży znosiła do pewnych granic, ale gdy się zgniewała to maluch jak z procy odskakiwał w drugi kąt pokoju.
Mona. Część I. Pią, sty 18. 2008
Tematem o Monie rozpocznę cykl opowieści o psach w hodowli Bonomiella. Wszystkie te wspomnienia umieszczę w kategorii
"Historia hodowli".
Mona, sznaucer olbrzym była naszym pierwszym psem rodowodowym. Któregoś dnia Mama przywiozła do domu 6-tygodniowe szczenię i z dumną miną oznajmiła:
- Kupiłam olbrzyma.
- A gdzie ten olbrzym? - zaintersował się mój brat.
- A tam, w kąciku, nie widzisz go? To ta mała czarna kulka skulona w kłębuszek.
Takie to były początki. Suczka z pewnością zbyt wcześnie została oderwana od matki, zaraz objawiło się to kłopotami trawiennymi i parę tygodni minęło zanim zaczęła chętnie jeść i robić "dobre kupki". Przejęta swą rolą, Mama zaniosła Monę do naszego oddziału Związku Kynologicznego. Kierownik Sekcji Pinczera-Sznaucera , przemiły pan Kowalski odpowiadał na wszystkie pytania i nurtujące obawy. Chyba tych pytań było wiele, bo zachęcił do comiesięcznego pokazywania suczki. Mama odwiedzała ZK regularnie i skrupulatnie, aż w końcu pan Kowalski uświadomił jej, że suka jest dorosła i że wystarczy jak zareagujemy, gdyby coś z nią było nie tak jak trzeba. Wspomnę na marginesie, że w późniejszych czasach nikt nie interesował się problemami początkującego hodowcy.
Mona zapoznała się wcześnie z kliniką weterynaryjną. Wypadało ją szczepić na różne psie choróbska, a ponadto Mama uznała, że należy poddać Monę zabiegowi kopiowania uszu.
Mona, sznaucer olbrzym była naszym pierwszym psem rodowodowym. Któregoś dnia Mama przywiozła do domu 6-tygodniowe szczenię i z dumną miną oznajmiła:
- Kupiłam olbrzyma.
- A gdzie ten olbrzym? - zaintersował się mój brat.
- A tam, w kąciku, nie widzisz go? To ta mała czarna kulka skulona w kłębuszek.
Takie to były początki. Suczka z pewnością zbyt wcześnie została oderwana od matki, zaraz objawiło się to kłopotami trawiennymi i parę tygodni minęło zanim zaczęła chętnie jeść i robić "dobre kupki". Przejęta swą rolą, Mama zaniosła Monę do naszego oddziału Związku Kynologicznego. Kierownik Sekcji Pinczera-Sznaucera , przemiły pan Kowalski odpowiadał na wszystkie pytania i nurtujące obawy. Chyba tych pytań było wiele, bo zachęcił do comiesięcznego pokazywania suczki. Mama odwiedzała ZK regularnie i skrupulatnie, aż w końcu pan Kowalski uświadomił jej, że suka jest dorosła i że wystarczy jak zareagujemy, gdyby coś z nią było nie tak jak trzeba. Wspomnę na marginesie, że w późniejszych czasach nikt nie interesował się problemami początkującego hodowcy.
Mona zapoznała się wcześnie z kliniką weterynaryjną. Wypadało ją szczepić na różne psie choróbska, a ponadto Mama uznała, że należy poddać Monę zabiegowi kopiowania uszu.
« poprzednia strona
(Strona 1 z 1, łącznie 7 wpisów)
następna strona »


Ostatnie komentarze
sob, 27.02.2010 16:18
oj szkoda, a byłam taka ciekawa jakie moja ulubienica będzie miała maluchy, no ale podobno co się odwlecze to nie [...]
czw, 25.02.2010 17:35
o jejku to strasznie a tak się łudziłam nadzieją ,że jednak
śro, 24.02.2010 15:31
Dziękujemy bardzo i cieszymy się że zdjęcia sie spodobały
wto, 23.02.2010 22:33
Nasze oczy nie mogą się nacieszyć... Oba malce prześliczne i przesłodkie! Cieszymy się widząc taką dobrą komitywę. [...]
wto, 23.02.2010 18:18
Pani Marto! My mamy jedną Nathalinkę (Pee Pee) a broi za całe stadko! Swoją drogą ciekawe po kim taki temperamenci [...]
pon, 22.02.2010 19:44
A już nasza Nathalinka ma się bardzo dobrze, biega jak szalona, poznaje swój nowy dom. Zaczęła już broić, szczeka [...]
czw, 18.02.2010 19:21
Jakie piękne zdjęcie Simonki w śniegu. No ma się talent do fotografowania
czw, 18.02.2010 09:52
No ładnie... Trzy mioty, jeden po drugim... Zaciskamy kciuki za zdrowie Bonomiellek! Teraz już wiemy, jak Pani M [...]
czw, 18.02.2010 00:05
I po hipopotamkach nie ma śladu, teraz to już całkiem duże sharpki. To czekamy na nowe, a te "paskudy" niech idą d [...]
śro, 17.02.2010 11:28
Gratulacje, gratulacje! Maluchy słodkie jak zawsze, a tu za chwilę znów wysyp. Czekamy z niecierpliwością i ściska [...]