W połowie maja Naczelny wybrał się do lecznicy po frontline dla psów. Ma się rozumieć, że po całą butelkę,
jako że stado moje zużywa wszystko hurtowo i obojętne im czy jest to karma, specyfiki pielęgnujące czy akcesoria.
Musi być dużo, bo inaczej nie wystarczy. Pojemnik zawierający 250 ml specyfiku odstraszającego insekty wystarcza u
nas na dwa sezony, czytaj: 2 lata. Teoretycznie. W praktyce miało się to tak:
Frontline przyniesiony przez Piotra do domu był przeterminowany o rok. Lecznica kwękając i bocząc się przyjęła go
z powrotem, ale się obraziła i nie sprzedała już innego.
Kolejny frontline zakupiony został gdzie indziej, z datą ważności do 2012 roku.
Stado zostało starannie opryskane.
Tydzień po akcji z frontlinem znalazłam dwa opite kleszcze na Tequilli i po jednym na
Pampusie
i Miśku.
Piąty kleszcz wessał się w moje niespryskiwane frontlinem ciało.
Naczelny, Bella, Simonka i Cheri zostali oszczędzeni przez plagę. Trudno mi znaleźć związek przyczynowy między
stosowaniem frontline a atakami kleszczy.
Ostatnie komentarze