Kiedyś przed laty zasugerowałam mojej matce mopsa. Akurat taki damski kanapowiec.
- Coś ty - oburzyła się tak szczerze, że już więcej nie poruszałam tego tematu. A jednak, a jednak. Ziarno
zostało rzucone i wkrótce zaczęło kiełkować. W domu z psów była tylko dobermanka Lilka, a mamie marzył się
idealny piesek. Chciała, żeby był mały, bo według niej nie uchodziło starszej pani z różnym skutkiem szarpać
się z dużymi brytanami. Zdarzylo się nawet, że na oczach sąsiadów przyszedł jej w sukurs dozorca. Rzucił
miotłę i przybiegł jej pomóc przy wyrywającej się za kotami Lilce.
Mama pragnęła mieć parę hodowlaną, ale trzymanie dwóch sznaucerów czy dobermanów znacznie przerastało jej
siły. Zresztą nie mogła dobrać reproduktora dla Lilki, która jakoś nie mogła mieć dzieci. A gdyby nawet, to
skoro taka Lilka stała się dla niej za silna, to co byłoby gdyby miała samca znacznie potężniejszego od suki. Ten
wymarzony, zaplanowany piesek miał być miły, opanowany i mądruchna: żeby nie trzeba było mu niczego ucinać, ani
ogonka ani uszu (w tamtych latach kopiowano niestety uszy i ogony), żeby miał krótką sierść, nie wymagającą ani
uciążliwego strzyżenia czy trymowania, ani wiecznego rozczesywania i szczotkowania, a przy tym aby piesek nie marzł
w zimie i w ogóle aby był super z wyglądu i z charakteru. A więc: aby nie gonił za kotami i innymi zwierzętami
(psy myśliwskie wykluczone), żeby nie był latawcem (żadnych charcików i w ogóle psów gończych), aby nie
szczekał zbyt wiele (pinczerki, foksterierki i jamniki nie wchodziły w rachubę) no i żeby nie był słabeuszem czy
niejadkiem. Nie za dużo tych życzeń?
Ciąg dalszy "Mopsy - jak to się zaczęło." »
Ostatnie komentarze