Znudziło i zbrzydziło mnie życie w mieście, osiadłam więc na wsi i bardzo sobie wiejskie otoczenie cenię. Z
jednej strony pola, z drugiej las. Idylla, ale nie tak całkiem i nie zawsze... Otóż teraz jesienią myszy polne
szukają schronienia na zimę i chyba upatrzyły sobie nasz dom. Nie znoszę myszy, mało powiedziane, nie cierpię i
brzydzę się ich jak największego paskudztwa. Brrr! Naczelny dzielnie rozstawia pułapki na gryzonie i łapie.. Ohyda!
W tym roku już cztery trupy! Na polującego kota psy moje nigdy się nie zgodzą, same żadnej myszy nie upolują,
pozostaje więc zdać się na Piotra i cieszyć się, że taki zaradny. Raz dziennie zdaję mu trwożliwie pytanie:
- I co? Była mysz?
Odpowiedź przecząca działa na mnie kojąco, twierdząca przyprawia niemal o palpitację. Już prawie zapomniałam o
gryzoniach, bo ostatnio ani widu ani słychu o nich, aż tu dzisiaj wybuchła między psami dzika kłótnia o
przywleczoną z jakiegoś zakamarka pułapkę na mysz. Zabrałam awanturnikom przyrząd do mordowania myszy,
nakrzyczałam na psy moim przeziębionym i schrypniętym gardłem za robienie awantur, utuliłam przerażoną Cheri, a
teraz biję się z myślami: była mysz w tej pułapce czy nie? Zjadł ją może ktoś? Kto??? Rozważania te
przyprawiają mnie o dreszcze, próbowałam na ten temat podyskutować z Naczelnym, ale nie chciał podtrzymać rozmowy.
Zostałam z problemem sama. Przypomniało mi się, że latem Simonka przyniosła do domu ropuchę. Położyła ją na
schodach, gapiła się w nią jak zahipnotyzowana, stado się zbiegło i też przyglądało się zdobyczy, żaden pies
jednak żabska nie skosztował. No tak, ale ropucha była żywa, natomiast mysz w pułapce z pewnością martwa. O ile w
niej była, ale tego się raczej od psów nie dowiem.
Idę spać. Może zasnę...
Życzę Wam też dobrej nocy!
Ostatnie komentarze