Pani Marta wspomniała o wysokiej temperaturze. To pierwszy od lat, udany końcu sezon urlopowy

I tak go traktujemy. Poranny spacer wypada między 5 a 6:30 w zależności jak bardzo zmotywujemy
się do wstawania by cieszyć się kolejnym wspólnym dniem. Potem zaś oddajemy się błogiemu leniuchowaniu, które
zwykle sprowadza się do poszukiwania najwygodniejszej pozycji do leżenia i odkrywania miejsca najchłodniejszego. Po
otwarcie lodówki jeszcze nie sięgnęliśmy, ale to nasz as z rękawa, którego nie zawahamy się użyć. Początkowe
trudności z adaptacją do egipskich warunków, zwalczyliśmy wspólnie mocno zakorzenionym uporem. A co tam.
Kto pamięta auta bez klimatyzacji? Błękitna strzała nagrzewa się tak, że wypadam z niej niczym grzanka z tostera.
50, 60, a nawet 70 stopni w kabinie plus parząca kierownica, aby wyostrzyć zmysły. A mimo to napiszę, że to nic.
Auto nadal posłusznie pomaga mi w codziennych sprawach, a ja po chwilowym przewietrzeniu wnętrza zamykam okna.
Wariactwo? Skąd, to kwestia przyzwyczajenia i nastawienia. Kwadrans w aucie sprawia, że po wstępnym zaparzeniu, gdy
wysiadam czuję się jak młody bóg - odczuwam chłód na zewnątrz! Wszystko bowiem zależy od punktu odniesienia.
Mo istotnie nie
wie już gdzie ma zalec. Zapowiedzi deszczu na dzisiaj to czcze gadanie. Spacery ograniczają się do wyjścia za
potrzebą (5 - 15 minut), a o wycieczce autem zrezygnowana Morcheeba nawet nie marzy. Doskonale wie, że to zbyt
niebezpieczne. I aby urozmaicić nam ten marazm, przy wejściu do klatki naszego bloku zagnieździły się mrówki.
Temat został szybko opanowany przez spryskanie podłogi przedsionka mordercą w aerozolu. Stąd Mo od dwóch dni jest
wynoszona "na siusiu" i wnoszona w drodze powrotnej, dokładnie tak samo jak jedenaście miesięcy temu. Wydaje mi się
jednak, że trochę się psince przybrało od tamtego czasu. Za to zdziwienie Mo z okazji wystąpienia tego procederu -
bezcenne!
Mo opanowała także jedzenie na
leżąco. I jedyne co mi spędza sen z powiek, to nieścierane pazury...
Ostatnie komentarze