Naczelny postanowił nauczyć Bellę aportowania. Nie bardzo rozumiałam po co Belli taka
umiejętność, ale nie sprzeciwiałam się i tylko patrzyłam co z tej nauki wyniknie. Ćwiczyli w domu, bo na dworze
albo za zimno, albo za mokro... Piotr rzucał kapciem w przestrzeń (dobrze, że nie trafił we mnie!), Bella łapała
kapeć prawie w locie i za każdym razem gdy go przyniosła, dostawała coś dobrego na ząb. Zabawa w aport spodobała
się psinie, a jeszcze bardziej smakowite nagrody. Bella aportuje teraz sama, bez rzutu kapciem, bez żądania ...
Przynosi z własnej inicjatywy raz do mnie, innym razem do Piotra skarpetę, nieszczęsny kapeć albo część jego lub
mojej garderoby i łypie łakomie okiem w oczekiwaniu na nagrodę, a wzrok ma przy tym taki, że odmówić jej nie
sposób. Widać, nauka w las nie poszła, tylko kto tu kogo i czego nauczył: Piotr Bellę aportowania, czy też ona
znalazła metodę wymuszania na nas przysmaków?
Ostatnie komentarze