Aparat się znalazł. Zawieruszył się natomiast Piotr, który pojechał na zakupy gdy jeszcze spałam. Mnie
wyciągnąć do sklepów jest raczej trudno, a teraz gdy w nich panuje przedświąteczny terror, wręcz niemożliwie.

Przedpołudnie wprost wymarzone do
spacerów. Szybko wlałam w siebie kawę i postanowiłam pójść z Miśkiem przez pola w stronę słońca. Pozostałe
psy uparły się, że będą nam towarzyszyć. Pisk, skowyt, bieganina, skoki, błagalne spojrzenia mi w oczy...
Zabrałam ze sobą czwórkę, co nie było zbyt rozsądnym posunięciem. Sunie, jako te grzeczne puściłam luzem,
Miśka trzymałam na długiej smyczy. Miło było patrzeć na hasającą gromadkę... Doszliśmy do miejsca ogrodzonego
długim betonowym płotem i wtedy stało się... Misiek wysunął się sprytnie z obroży i pokłusował w stronę
płotu, a zaraz za nim pozostałe psy.

Bieg wydarzeń mogłam najpierw
obserwować z oddali - nie jestem tak szybka w nogach jak moje zwierzaki. Widziałam Miśka i Bellę biegających
wzdłuż ogrodzenia, Tequillę przeciskającą się od ziemi na drugą stronę płotu i Rondę zawzięcie kopiącą
dół pod betonowymi blokami. Po drugiej stronie ogrodzenia znajdował się przerażony oblężeniem przez cztery
shar-pei, wielki owczarek niemiecki, który całkiem rezonu nie stracił bo trzepnął łapskiem pysk Tequilli,
znajdujący się już wewnątrz ogrodzenia, a dokładnie pod nim. Dotelepałam się w końcu do lekko skaleczonej Tequi
i załozyłam jej smycz, zapięłam też Miśka i ... zabrakło mi dwóch rąk aby chwycić pozostałe psy. Bella i
Ronda galopując wzdłuż płotu nagle ogłuchły, więc nie było szansy abym mogła je dowołać.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zadzwoniłam do Piotra, który właśnie dojeżdzał do Bralina. W ciągu 5-ciu
minut dojechal do nas polną drogą, ryzykując przy tym urwanie kół samochodu i zawieszenia. Sytuacja została
opanowana!
Kiedyś mnie chyba w tej wsi odstrzelą...
Ostatnie komentarze