Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Zapięłam w jedne szelki Miśka, w drugie Pampusa i poszliśmy w
pola. Trudno to nasze wyjście nazwać spacerem, bo Misiek niecierpliwił się i rwał do przodu, Pampus natomiast
marudził, ociągał się i pozostawał w tyle. Mimo wszystko udało nam się pokonać dobrych 500 metrów, co w
porównaniu z poprzednim wyjściem śmiało mogę nazwać sukcesem. Jak widać ze zdjęcia mniejszy psiur nie jest
zachwycony ani okolicą, ani spacerem, duża i otwarta przestrzeń onieśmiela go, najchętniej wtuliłby się w Miśka.
A jak to było gdy Misiek był szczenięciem? Ano podobnie, jeśli nawet nie tak samo. Pierwsze wyjścia poza nasz teren
wcale, a wcale mu się nie podobały, stawał w miejscu, oderwać łap od ziemi nie chciał, musiałam go nosić. Tak
było przez pierwszy tydzień naszych wspólnych spacerów, a teraz to już historia prawie zapomniana. Wystarczy, że
biorę smycz do ręki, a Misiek już wie, że spacer i cieszy się po psiemu. Za tydzień i Pampus będzie na tym
etapie.
Zamysł był taki: ubiorę Pampusowi szelki, dopnę do nich smycz i pójdziemy na spacer. Szelki
wraz ze smyczą, owszem pozwolił sobie założyć, pomaszerował tak ubrany przez ogród, wyszedł poza nasz teren i
stanowczo sprzeciwił się dalszej ekskursji. Położył się w zeszłorocznej trawie z miną: albo wracamy do domu,
albo ja tu zostaję. No i postawił na swoim. Wróciliśmy. Ja wzięłam się za kolejny wpis, on szczęśliwy usadowił
się pod moim krzesłem celem odpiłowania mu nogi. Chrum, chrum... Po południu ponowimy próbę ze spacerkiem, ale
już nie samotnie. Do towarzystwa weźmiemy Miśka, myślę, że przy dużym psie temu znacznie mniejszemu będzie
raźniej i pewnie odważy się podreptać z nami. Zobaczymy. Napiszę. O ile jeszcze będę miała krzesło, bo na
stojąco pisać nie potrafię.
Ostatnie komentarze