Centa. Doberman

Centa była czarną dobermanką. Jej historia jest warta uwiecznienia. Po utracie Mony dom stał się pusty i smutny, trudno było też zdecydować się na innego psa. Wtedy to znajoma , wielka miłośniczka i hodowczyni dobermanów namówiła moją Matkę na Centę. Któregoś dnia przybiega wzburzona, że w pewnej hodowli jest młoda dobermanka przeznaczona do uśpienia. Nie była chora, ani stara i właśnie podchowała piękne szczenięta, ale jej pan sprowadził sobie z zagranicy następną sukę do hodowli i więcej Centy nie potrzebował. Znajoma miała trzy dobermany, nie mogła pozwolić sobie na czwartego. Usilnie prosiła moją Matkę, aby uratowała Centę poprzez szybkie jej kupno. Odradzałam jej ten krok:

– Nie kupuj psa dorosłego, możesz mieć z nim wiele kłopotów.

Nie posłuchała tych rad, zresztą dobermany zawsze się Jej podobały. Smukła sylwetka, wydłużony pyszczek stanowią o ich elegancji. Szatę mają też piękną, w dodatku krótką, nie wymagającą trymowania, jak u sznaucerów. Ponadto są to psy inteligentne, choć ich usposobienie bywa trudne. Mama nigdy nie brała pod uwagę kupna dobermana właśnie ze względu na złą opinię o ich nierównym, czasem histerycznym usposobieniu. Ale tu trzeba było nie dopuścić do uśmiercenia zwierzęcia. Trzeba więc było jechać po Centę. Brzydko krytykować czyjeś hodowle, ale to co tam się działo, było oburzające i gorszące.

Centa, chuda i brudna stała w niechlujnie utrzymanej zagródce, a liczna gromadka podrośniętych szczeniąt czepiała się jej sutków. Podobno był to nie tylko jej przychówek ale i jakiejś innej suki.

Właściciel zrobił na dworze kąpiel, polewając Centę zimną wodą, bezpośrednio wężem z hydrantu. Brrr!!! Zainkasował pieniądze, wydał papiery psa i pożegnał się…

W pociągu Centa cały czas stała na środku przedziału, tak była spięta. Wstyd było, że współpasażerowie widzą, jak po jej mokrej sierści spacerują pchły. Po przyjeżdzie na miejsce, Mama prowadziła do domu swój nowy skarb. Nie powiem, żeby to był spokojny marsz. Centa rwała nieustannie do przodu. Chyba myślała, że trzeba natychmiast pognać do swoich dzieci zostawionych w zagródce. Biedna matka! W domu położyła się w kącie i o czymś tam godzinami medytowała. Przez parę dni nie można było nawiązać z nią kontaktu. Kiedy stres minął, Centa nabrała dobrego humoru i stała się bardzo miłą psiną.

Wspominam Centę bardzo ciepło. Była wesoła ale nie zwariowana. Wprawdzie nie znosiła kotów, ale do tego przyzwyczaiła nas Mona. Wbrew opinii o dobermanach, nie przypominam sobie jakichś większych u niej niesubordynacji. Toteż nie było konieczne szkolenie jej na psa towarzysza. Jednak w Związku Kynologicznym zarządzono przegląd wszystkich dobermanów, połączony z testami. Na teście Centa ładnie zostawała na “siad” i “waruj”, a na wołanie posłusznie wracała. Nie bała też się strzału. Potem kazano uwiązać Centę do drzewa, a pozorant straszył ją witką i z kolei udawał, że bije moją Matkę. Dobry pies obrończy powinien się rzucić energicznie na napsatnika. Ale nie łagodna Centa. Siedziała jak skamieniała. Wyglądało, że trzeba będzie się pożegnać z pozytywną oceną testów. Sędzia widział jednak, że suka w tej opresji nie usiłuje dać drapaka. Toteż, kiedy ogłaszał swój werdykt, to szczególnie wychwalał Centę za jej, rzadko u dobermanów spotykane opanowanie. Mama przyjęła pochwały z godnością, ale wiedziała, że to opanowanie Centy nie było niczym innym, jak paraliżującym strachem przed przemocą.

Centa podobnie jak Mona chodziła na wystawy i zdobywała medale. Najważniejsze, że sprawiała radość samą sobą, a potem też i swoim potomstwem. Pamiętam dobrze jej szczenięta. Noworodki miały zaokrąglone, pomarszczone pyszczki, zupełnie niepodobne do smukłych kuf rodziców. Uszka sterczały na boki jak małe pierożki, dopiero po jakimś czasie oklapły. Nie wszystkie szczenięta były czarne jak matka, niektóre z nich po ojcu urodziły się brązowe. Raz nawet Centa po skojarzeniu z tym samym psem wydała na świat czarne, brązowe i błękitne dzieci. Tym ostatnim może trochę brakowało do lazurowego błękitu, ale tak się określa rzadko u dobermanów spotykaną maść szarą z niebieskawym odcieniem. Jednego błękitka jako rewelację, Mama postanowiła zostawić dla siebie. I tak to w domu pojawiła się druga dobermanka – Lilka, o której napiszę oddzielnie.